piątek, 20 stycznia 2012
Korzystny biomet
Cztery pierwsze mecze kontrolne zakończyły się pomyślnie – bez porażek, choć każdy trener od zawsze powtarza, że nie wyniki są w takich spotkaniach najważniejsze. Istotne, że drużyna Jagiellonii pracuje w pocie czoła nad formą ale nie poprzestaje jedynie na tym jednym aspekcie. Obóz kondycyjny bowiem, to nie tylko ładowanie akumulatorów, dziesiątki przebiegniętych kilometrów, setki podniesionych kilogramów i kilkanaście gier kontrolnych. Zimowy okres przygotowawczy to idealny czas i miejsce by oprócz motoryki, wytrzymałości i aspektów czysto piłkarskich, poprawić także morale zespołu. Dzięki fotoreportażom i relacjom z Cetniewa, zamieszczanych na oficjalnej stronie, mamy okazję przekonać się, że żółto-czerwoni dbają o jedno i drugie. Pod czujnym okiem sztabu szkoleniowego z Tomaszem Hajto na czele, wylewają poty na siłowni, salach treningowych, boiskach. Widać też jak na dłoni, że trenerzy nie zapominają o regeneracji i budowaniu dobrej atmosfery w szatni. Zdjęcia aż kipią od dobrego humoru, uśmiechów. I wszystko, póki co, wskazuje na to, że uśmiechy nie powinny szybko zginąć z twarzy zawodników – przepracowana w taki sposób i z taką motywacją przerwa zimowa po prostu musi przynieść efekty i dobre wyniki wiosną.
Ciekawostka – przyjrzyjmy się jak przygotowania do rundy wiosennej wyglądały w Jagiellonii 17 lat temu, kiedy w składzie występowali m.in. Andrzej Ambrożej, George Michael Mariusz Piekarski (aura i fryzura jak z teledysku Last Christmas – łatwo się pomylić) czy Marek Citko.
czwartek, 19 stycznia 2012
T.Jagodziński - Cwaniak z PZPN
Książka p.t. „Cwaniaczku, nie podskakuj” Tomasza Jagodzińskiego, jest zdecydowanie pozycją obowiązkową dla każdego kibica piłkarskiego w Polsce. Wydana przez BGW w 1993 roku, mimo upływu lat nie utraciła na swej aktualności a zawarte w niej historie czyta się dziś, podejrzewam równie dobrze, co dziewiętnaście lat temu. Słyszałem o niej niejednokrotnie, ale dopiero kilka dni temu dane mi było przyjrzeć się jej z bliska i jak zakładałem wcześniej – wprost wchłonąłem ją od deski do deski podczas jednego, zimnego wieczoru.
Utrzymaną głównie w formie łatwo przyswajalnego felietonu, pisanego jakże charakterystycznym piórem autora, znanego z żartobliwego, ale i ciętego języka książkę, czyta się szybko i łatwo. W bezpardonowy i pozbawiony skrupuł sposób ukazuje kulisy i ciemne zakamarki piłkarskiej Polski lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, mało znane z pierwszych stron gazet. Co ważne, autor nie oszczędza konkretnych dat, nazwisk (piłkarzy, trenerów, działaczy, sponsorów), nazw firm i instytucji zamieszanych w korupcję i przekręty, co na pewno wpływa na wiarygodność stawianych zarzutów. Wspomnieć niestety należy, że jest to książka autorska i żadna z przytoczonych rewelacji nigdy nie doprowadziła zainteresowanych do sądów czy prokuratur. Wiele z wspomnianych w książce nazwisk do dziś kręci się wokół futbolu.
Pierwszą część czyta się niczym kryminał - zagłębiając w kolejne fakty, poznając „ciemnych typów”. Dowiadujemy się między innymi o nieprawidłowościach przy sprzedaży praw telewizyjnych do meczów reprezentacji, kompromitującej umowie ze sponsorem technicznym - firmą Admiral, kryminalnej wręcz aferze lewych paszportów, alkoholowych libacjach i o fakcie, że wszystkim kręci grupa ubranych na czarno panów z gwizdkami w rękach. W większości przypadków, Jagodziński wprost wskazuje winnych, ukazuje metody działania i wręcz strukturę skorumpowanej do cna organizacji. PS Tagi:
Cwaniaczku nie podskakuj
Dariusz Czykier
Jarosław Gierejkiewicz
książki piłkarskie
recenzja
Tomasz Jagodziński
03:25, jurowiecka21 ,
książka
Link Komentarze (1) »
środa, 18 stycznia 2012
Ačiū Skerla
Wciąż się o tym mówi, ale nadal ciekawi mnie, kto odpowiada swoim nazwiskiem za budowanie dobrego wizerunku wokół Jagiellonii. Szef marketingu? Public relations to chyba jego działka. Rzecznik prasowy? Niewątpliwie najbliżej jej ku mediom. Właściciele? Przecież to ich firma. Jedyna odpowiedź, jaka nasuwa się na myśl – chyba jednak nikt. Nikt, za wyjątkiem piłkarzy i trenerów (w sposób pośredni, dzięki osiąganym wynikom) nie poczuwa się do wzięcia odpowiedzialności w tej dziedzinie, bo po pierwsze żaden ekonom ich do tego nie goni i nie egzekwuje konkretnych standardów a po drugie chyba dlatego, że nikomu na tym szczególnie nie zależy.
Pytam, bo sytuacja związana z odejściem (zwolnieniem) Andriusa Skerli, w opinii kibiców i dziennikarzy wydaje się być, co najmniej dziwna, jeżeli nie kontrowersyjna. Nie mówię o uroczystych pożegnaniach, akademiach na jego cześć, kwiatach czy butelce koniaku na pożegnanie, ale chociaż kilku zdań wyjaśnienia, na które zasługują kibice jak i sam zainteresowany. Tymczasem nawet ta krótka, lakoniczna wiadomość o zakończeniu współpracy z oficjalnej strony została po pewnym czasie zdjęta – choć tu, mam nadzieję dlatego, że klub jednak poszedł po rozum do głowy i postanowił znaleźć litewskiemu zawodnikowi inny charakter pracy, umożliwiając wypełnienie kontraktu bądź, co bądź chyba wciąż jeszcze obowiązującego – zobaczymy. Sytuację, w jednym z wywiadów, próbował wyjaśnić trener Hajto – powiązując decyzję z kontuzją, jakiej Skerla nabawił się na pierwszym tego roku treningu i odpowiedzialności, jaką klub ma zamiar wziąć na siebie, pomagając piłkarzowi w rehabilitacji. Dobre i to, ale czy zdobywca tak ważnych dla Jagiellonii bramek i jednocześnie drugi kapitan drużyny nie zasługuje na coś więcej? A to przecież nie pierwszy taki przypadek. Analizując „nowożytną” historię Żółto-czerwonych, z pierwszą tego typu sytuacją mieliśmy styczność wiosną 2006 roku i był nią sposób, w jaki klub rozstał się z Adamem Piekutowskim.
Doświadczony bramkarz, najlepsze lata miał już oczywiście za sobą, ale przeprowadzając się do Białegostoku zadziwił nie tylko futbolowych znawców, w końcu mógł wybrać zdecydowanie lepsze oferty. Z miejsca stał się podstawowym bramkarzem i liderem nie tylko bloku defensywnego. Niestety już podczas swego drugiego występu, w meczu Jagiellonii z Heko Czermno doznał groźnej kontuzji, wykluczającej go z gry. Bramkarza potraktowano niepoważnie, umowa została rozwiązana. Nakazano mu rozliczyć się ze sprzętu i wracać do Krakowa - z Wisły był, bowiem tylko wypożyczony. Najprościej mówiąc, białostocki klub umył ręce, wychodząc z założenia, że to nic, iż doznał kontuzji reprezentując barwy Jagi, skoro formalnie był zawodnikiem Wisły. A Krakowianom również nie spieszyło się z pomocą. - "Od Wisły usłyszałem, że kontuzji doznałem jako piłkarz Jagiellonii i teraz oni muszą się o mnie martwić. Szkoda, bo parę meczów w Wiśle zagrałem, kilka sezonów tam spędziłem. Szybko o tym zapomnieli. W Białymstoku znaleziono mi za to lekarza, ale operację u niego odradzali nawet koledzy z Jagiellonii: – żalił się Przeglądowi Sportowemu w 2006 roku. Dziś Adam Piekutowski przebywa na rencie inwalidzkiej. Kiedy Jagiellonia powróciła w szeregi Ekstraklasy, w składzie znalazło się miejsce dla kilku „wyjadaczy” - ligowców i byłych reprezentantów z dużo większym, niż trzon drugoligowej kadry doświadczeniem. Jacek Banaszyński, Tomasz Sokołowski czy Radosław Kałużny mieli bez zwątpienia wielki wpływ na utrzymanie zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Jeżeli chodzi o dwóch pierwszych - wiadomo było, że po sezonie z klubu odejdą. Kałużnego przetrzymano do ostatniej chwili a o zakończeniu współpracy dowiedział się z mediów, nikt z klubu nawet nie skontaktował się z nim w tej sprawie: - "Po raz pierwszy byłem w takim klubie, w którym rozstają się z piłkarzem bez podania ręki. W Jagiellonii na pewno już nie zagram. Jeśli nawet dawaliby mi milion dolarów, to i tak powiedziałbym, że chcę dwa" - mówił popularny "Tata". Kto, jak kto, ale on w tym słabym sezonie na szacunek sobie zasłużył. Jako jeden z niewielu nigdy nie odpuszczał, udowodnił jak charakternym jest zawodnikiem. Stanął nawet w bramce w meczu z Łódzkim Ks., kiedy czerwoną kartkę zobaczył Banaszyński. Do historii przeszły jego wywiady i wyrażenie o tym, że ktoś powinien "dostać w ryja" za to jak prezentowała się Jagiellonia wiosną 2008 roku: Niestety czas pokazał, że cios musiał przyjąć na siebie. Cios zza pleców. Ktoś powie, że łatwo jest wymieniać kolejne tego typu przypadki, nie będąc jednocześnie w posiadaniu rzetelnych informacji z drugiej strony – bez wiedzy o powodach działania zarządu, trenerów. Problem w tym, że klub tak naprawdę nie zabrał w żadnej z tych spraw głosu i nie wydał oświadczeń. Nie zajął żadnego stanowiska, traktując rzecz tak jakby nigdy nie miała miejsca...
czwartek, 12 stycznia 2012
Trenerskie "Do not" Tomka Hajto
Jako zawodowy futbolista, chcąc nie chcąc pobierał trenerskie nauki od kolejnych instruktorów sztuki piłkarskiej – klubowych coachow i managerow czy trenerów – selekcjonerów reprezentacji Polski. Przyjrzyjmy się pierwszej dwójce z nich i czasom kiedy młody Hajto jak gąbka chłonął wiedzę swych szefów, by póki co wykorzystywać ją na boisku a potem także na trenerskiej ławie. Zwróćmy uwagę na błędy i niedopatrzenia, o których Hajto, idąc na skróty mógł zapomnieć. Dobrze jest uczyć się na błędach, jeszcze lepiej – czyichś. Antoni Pieczniczek
Tomasz Hajto debiutował w reprezentacji Polski w 1996 roku meczem z Cyprem, rozgrywając 60 minut pod wodzą Wodza. Chodzącej encyklopedii piłki nożnej, fachowca nad fachowców, alfy i omegi znanej i cenionej za granicą, Polskiej Myśli Szkoleniowej (trademark!) – Antoniego Piechniczka. Dziś członka jakże szanowanej i cenionej grupy wybitnych specjalistów Polskiego Związku Piłki Nożnej w tytule wiceprezesa. Bo oto, po latach posuchy, Mistrz Antoni powrócił na selekcjonerski tron w glorii osoby, która jako ostatnia dotąd wprowadziła biało-czerwonych na salony Mistrzostw Świata. Ta-da! Fanfary.
Stałe fragmenty gry. Nie, Panie Tomku. Statystyka i jakość wykonywania rzutów rożnych nie jest brana pod uwagę przy ustalaniu wyniku czy kolejności w tabeli. Janusz Wójcik
Po przerżniętych eliminacjach do MŚ we Francji, jeszcze w ich trakcie, Mistrz Antoni zabrał zabawki i zabunkrował się na dobre pół roku w domku z kominkiem w Wiśle. Z całym szacunkiem – to najlepsza rzecz jaką zrobił dla Polskiej piłki w latach dziewięćdziesiątych. Na jego miejsce szykowany był dotychczasowy asysnent – Krzysztof Pawlak. I w debiucie na fotelu trenera zdążył nawet wygrać z Gruzją ale oto z cienia wyłoniła się persona Janusza Wójcika - „trenera z Audio-tele”. Dobór taktyki. Pod tym względem skrajny do Piechniczka. Wójcik okazywał się gołosłowny w swych zapewnieniach i podczas niektórych meczów delegował do gry choćby i sześciu nominalnych obrońców (Anglia – Polska) i tylko jednego napastnika. I nawet gdyby był nim Messi, jak można było mieć jakiekolwiek złudzenia co do ostatecznego wyniku?
piątek, 06 stycznia 2012
Tomasz Hajto
Zanim przejdę do meritum, chciałbym na szybko wyjaśnić dwie kwestie: 1. Często narzekamy na polskich trenerów, wymyślając coraz to nowe epitety kierowane pod ich adresem. Jednym z najczęstszych zarzutów jest zaawansowany wiek i warsztat szkoleniowy z poprzedniej epoki. Łatwo jest zauważyć, że rzeczywiście – zmiana generacji na polskich ławkach trenerskich chyba powoli następuje, średnia wieku typowego ekstraklasowego coacha delikatnie, ale spada. Ktoś zaraz powie, że najlepszym trenerem na dzień dzisiejszy jest ten najstarszy – pan Orest Lenczyk. OK., trochę w tym prawdy, trochę twierdzenia, że wyjątek potwierdza regułę. Napływ świeżej krwi jest potrzebny i kolejny trener młodego pokolenia w Ekstraklasie powinien raczej cieszyć. 2. PZPN i kwestia licencji Tomasza Hajto. Pierwszy raz w życiu (coś mi mówi, że i ostatni) jestem skłonny zgodzić się z teoriami dinozaurów Polskiego futbolu – Wojciecha Łazarka i Antoniego Piechniczka. Polska piłka nigdy nie będzie profesjonalna a poziom zawodów w kraju nad Wisłą nigdy się nie poprawi, jeżeli nie będziemy przestrzegać jasno określonych reguł i zasad gry. Zasługi wybitnego reprezentanta nie mogą być argumentacją w przedmiocie dyskusji, jakim jest udzielenie licencji na prowadzenie drużyny w Ekstraklasie. Kandydat musi mieć odpowiednie papiery i kropka. Każdy z nas, zanim podejmie pracę musi spędzić setki godzin nad podręcznikami, zaliczyć testy i egzaminy, odstać swoje w kolejce po wpis. Tomasz Hajto też powinien.
Kiedy pierwszy raz - tych parę tygodni temu - dotarło do mnie, że kandydatura Hajty jest w ogóle rozważana, moja reakcja była prosta. To tak jak gdybym dowiedział się, że operację siatkówki mojego oka ma przeprowadzić lekarz stomatolog. Hajto był świetnym piłkarzem, ostoją reprezentacji i podstawowym zawodnikiem trzech, spośród czterech, od których otrzymywał powołania, kolejnych selekcjonerów. Ale czy to wystarczający powód, dla którego powierzać narząd wzroku, facetowi na co dzień zajmującemu się plombowaniem zębów? Nawet, jeśli te plomby robi rewelacyjnie? Tomasz Hajto przez długie lata bogatej kariery zawodowego futbolisty osiągnął znacznie więcej niż statystyczny kopacz urodzony w Polsce. Jadł chleb z niejednego pieca. Po tym jak dał się poznać jako solidny obrońca w rodzimej ekstraklasie, stosunkowo szybko udał się na zachód, by podbijać niemieckie stadiony. Pracował z wieloma wybitnymi fachowcami, miał szansę przyglądać się warsztatowi specjalistów takich jak Huub Stevens i Wolfgang Wolf w Bundeslidze czy wspomnianego Antoniego Piechniczka czy Jerzego Engela w reprezentacji. Powinien doskonale pamiętać, na czym polegały ich pomysły na grę, dobór taktyk pod konkretnego przeciwnika czy metody na przygotowanie zespołu do trudów kolejnych sezonów. Jedynym problemem pozostaje fakt, że wysiłkom tym, nasz nowy coach, przyglądał się z perspektywy piłkarza a nie adepta trenerskiego fachu. Braki w wiedzy i wykształceniu mogą okazać się brzemienne w skutkach. Chyba, że filozofia jego pracy będzie czerpać garściami z okresu gry w reprezentacji Janusza Wójcika, kiedy to trener "mistrz mobilizacji" na odprawach przedmeczowych wygłaszał peany na cześć podnoszenia ogórów, golenia frajerów i kelnerów, sprawy czysto piłkarskie pozostawiał do omówienia asystentowi Klejdinstowi (z całym szacunkiem panie Dźwigała).
piątek, 30 grudnia 2011
Adam Grad - facet od czarnej roboty
W futbolu – jak to w życiu – nie zawsze wszystko układa się po myśli. Kiedy radości dnia codziennego niespodziewanie przerywa zepsuta pralka, raczej nie odkrywam przed światem ukrytych zdolności McGywera, innymi słowy wzywamy fachowca. Staramy się naprawić sprzęt, poznać przyczynę usterki. Łatwo jest po prostu kupić nową, dajmy na to lodówkę, ale przecież zazwyczaj wystarczy po prostu zmienić bezpiecznik. Wracając do piłki nożnej, historia pokazuje (szkoda, że nie zawsze uczy), że często szukaliśmy owych części zamiennych na szrocie – sprowadzając albo nic nie warty futbolowy złom albo substytuty wyraźnie zużyte, lata świetności mające dawno za sobą. Od czasu do czasu zdarzyło się okazyjnie nabyć nieoszlifowany diamencik, ale były to pojedyncze przypadki. Prawdziwych fachowców, reprezentujących uznane marki, jakich udało się namówić do gry w Jagiellonii było w ostatnich latach jak na lekarstwo. Tomasz Wałdoch, Radosław Kałużny, Piotr Lech – to nazwiska, które z założenia miały odmienić styl gry i wpłynąć w konkretny sposób na wyniki osiągane przez drużynę. Piłkarze ci, przybywali do Białegostoku w konkretnym celu. W określonym czasie mieli, niczym wytrawni fachowcy, zrobić swoje: wykonać powierzone zadanie i z czystym sumieniem odejść w dalszą drogę. Kolejnym przykładem, o którym chciałbym dziś przypomnieć i którego kwalifikuję do danej grupy jest Adam Grad.
Wychowanek Energetyka Łódź już jako junior zdołał przedostać się do pierwszej drużyny lokalnego rywala – Łódzkiego Ks. Zbierając pochlebne recenzje, dał się poznać jako bardzo obiecujący napastnik młodego pokolenia, reprezentował barwy Polski w ramach kolejnych drużyn juniorskich i młodzieżowych. Był podstawowym zawodnikiem drużyny U-21 Janusza Wójcika, grając pierwsze skrzypce w eliminacjach Młodzieżowych Mistrzostw Europy, kiedy to Orlęta pozbawiły złudzeń reprezentacje Anglii, Turcji i Irlandii Północnej, zdecydowanie (5 punktów przewagi nad drugimi w tabeli, dumnymi Synami Albionu) wygrywając swoją grupę eliminacyjną. W ćwierćfinale Mistrzostw Europy, będących równocześnie europejskim sitem kwalifikacji olimpijskich, los skojarzył Polskę z Danią. I niespodziewanie – biało-czerwoni ulegli Duńczykom aż 0:5. W rewanżu udało się osiągnąć remis, dzięki któremu Polacy ostatecznie awansowali na olimpiadę w Barcelonie (także dzięki faktowi, że reprezentacja Szkocji, która zajęła trzecie miejsce ostatecznie na igrzyska nie pojechała – w myśl przepisów mówiących, że tylko reprezentacje niezależnych państw mają do tego prawo) ale szokujący wynik wymusił na trenerze Wójciku zmiany w doborze zawodników i ostatecznym ustalaniu kadry. Adam Grad pozostał więc w odstawce niczym kozioł ofiarny. Jego oszałamiająca kariera międzynarodowa skończyła się jeszcze szybciej niż zaczęła, jego miejsce zajął późniejszy ulubieniec „Wójta” – Wojciech Kowalczyk, który w eliminacjach za pewniaka raczej nie uchodził. Sam Wójcik przyznawał jeszcze przed olimpiadą, że ma z Kowalczykiem same problemy i raczej nie znajdzie mu miejsca w 22-osobowej kadrze w przypadku awansu. Szansa przeżycia największej przygody życia i jak pokazała historia, także medalu olimpijskiego, przeszła Gradowi koło nosa. Po zakończeniu przygody z reprezentacją olimpijską postawił na tułaczkę, nigdzie nie zdążył zagrzać dłużej miejsca. Grał w Łódzkim Ks, Olimpii Poznań (umoczony w aferę zwaną szerzej „kolejką cudów”, ostatecznie zakończonej odebraniem tytułu mistrzowskiego Legii Warszawa), Kayserispor Kulübü (4 gole w ekstraklasie Turcji), Lechii/Olimpii Gdańsk i Sokole Tychy, w którym to po raz ostatni występował na poziomie ekstraklasy. Potem II-go czy nawet III ligowe czasy zastały go w Aluminium Konin, Astrze Krotoszyn, Pelikanie Łowicz, Karkonoszach Jelenia Góra, Unii Skierniewice, Mławskim Ks i ponownie w Łks. Był sezon 2001/02, łodzianie bili się o utrzymanie - podobnie jak Jagiellończycy, z resztą. 32-letni wówczas snajper zdążył strzelić 7 bramek i wyrosnąć na lidera swojej nowej-starej drużyny. Nie cieszył się tym mianem długo, już we wrześniu przeszedł do prowadzonej przez Wojciecha Łazarka Jagiellonii. Pierwszy mecz w Białymstoku rozegrał 5 września, reprezentując jednak jeszcze barwy Łks. Mimo kilku dogodnych sytuacji bramkowych - gola nie strzelił, ciekawe czy w wyniku podpisywanej już ukradkiem umowy. W sprawozdaniu z meczu zapisał się dziewięćdziesięcioma minutami spędzonymi na boisku i żółtą kartką. W Jagiellonii debiutował dwa tygodnie później, podczas wyjazdowego meczu z Ceramiką w Opocznie. Pierwszego gola udało mu się strzelić w spotkaniu numer dwa, z Hetmanem Zamość w Białymstoku. Jagiellończycy po jego trafieniu objęli prowadzenie w 13 minucie. Goście doprowadzili do wyrównania już minutę później. Wyrównany pojedynek trwał aż do końca, goście uzyskali zwycięskie trafienie w 82 minucie.
Swoje najlepsze spotkanie w żółto-czerwonych barwach rozegrał w ramach 14 kolejki – przeciwko Polarowi Wrocław. Większość kibiców zapamiętało je na długo z racji zadymy na stadionie, rozdmuchanej potem strasznie w mediach. Nawet Hat-trick ustrzelony przez Grada przeszedł wśród dziennikarzy mniejszym echem. O dziwo, Kurier Poranny potrafił czasem trzymać fason:
Po zdecydowanie najlepszym w tamtej rundzie spotkaniu Jagiellonia awansowała(sic!) na szesnastą pozycję. Przez cały okres występów w Jagiellonii, Grad był podstawowym zawodnikiem, nie wystąpił jedynie w dwóch ostatnich meczach. Potrafił, jak w spotkaniach z Polarem Wrocław czy Szczakowianką Jaworzno, ustrzelić po kilka goli by potem zapaść w pewien rodzaj letargu – pozostając na boisku zupełnie niewidocznym przez kilka kolejnych spotkań, oddając pole Wojciechowi Kobeszce czy Dzidosławowi Żuberkowi. Stosunkowo zaawansowany wiekiem piłkarz z jednej strony prezentował wysokie, biorąc pod uwagę średnią drużyny, możliwości: doświadczenie, umiejętność wykorzystywania błędów przeciwnika, boiskowe cwaniactwo i sprawność ogólno-piłkarską. Z drugiej strony lekka nadwaga i wrażenie, że już mu się nie chce, że najchętniej dałby już sobie z tą piłką spokój. Przypominał tym nieco Marco Reicha – zachowując oczywiście odpowiednie proporcje. Podsumowując półtorej rundy spędzonej w Białymstoku, zbyt łatwo można stwierdzić, że nie spełnił pokładanych w nim nadziei – bo przecież drużyna nie uniknęła degradacji a jego gole rzadko przesądzały o zdobyczach punktowych. Ja jednak wychodzę z założenia, że pamiętnej wiosny 2002 roku, o utrzymanie walczyliśmy do ostatniego gwizdka ostatniej kolejki. A kto wie, czy świadomość degradacji nie dopadłaby białostoczan już na miesiąc, dwa wcześniej gdyby nie blondwłosy napastnik urodzony w Łodzi? Ostatecznie fakt dokonał się z chwilą zakończenia rozgrywek, Jagiellonia mogła już szykować się do gry w III lidze, większości zawodników oczywiście podziękowano, nie przedłużając umów. Z Gradem pożegnano się może nie z jakimś specjalnie wielkim żalem, ale honorując dokonania i wkład w walkę, której z jego strony na pewno nie zabrakło. Adam Grad - mecze w Jagiellonii (wszystkie II liga): 26, bramki: 10, kartki: 2 żółte Ceramika Opoczno - Jagiellonia 1:0, 90 minut
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Alfabet jesienny
AnalizaRzetelna i dogłębna. Niech ona będzie wyznacznikiem działań podjętych przez zarząd i trenera w przerwie zimowej. Łatwo jest działać w afekcie, robiąc zazwyczaj więcej szkód niż pożytku. Runda skończona - piłkarze niech i jadą na te urlopy, ale niech nawet nie myślą o nich działacze. Niech zapadną decyzję i niech ludzie dokonujący wyboru pamiętają o ciążącej na nich odpowiedzialności. Białystok, wschodzącyPoprzedniemu sponsorowi technicznemu zdarzały się wpadki z odklejającymi się "Jotkami", dziś wszystko wskazuje na to, że lada moment może zabraknąć prasowanek z logotypem Białegostoku. Kryzys, cięcia, oszczędności - lokalni włodarze uwielbiają odmieniać te trzy rzeczowniki przez wszystkie przypadki. Póki co, ograniczyło się do zmniejszenia kwoty, jaką miasto łoży na klub, ale kto wie czy podczas ustalania kolejnego budżetu pieniędzy będzie jeszcze mniej albo w ogóle. Cionek, Thiago RangelZ polskim dowodem osobistym w kieszeni, może odwiedzić każdy zakątek zjednoczonej europy. Oczywiście we własnym zakresie, bo na podróże odbyte wraz z reprezentacją Polski nie ma, co liczyć. Polecamy tzw. "tanie linie" - adekwatne do ostatnio niskich lotów brazylijskiego obrońcy. DziesiątkaCo łączy Włodzimierza Lubańskiego, Pele, Maradonę czy chociażby Wojtka Kowalczyka? Europejskie pucharyA gdyby tak spróbować w ogóle wymazać to z pamięci? Totalna porażka klubu okazała się wysokim zwycięstwem zawodników. Wreszcie pokonali trenera. Jedno jest pewne, udział w edycji 2012/13 nam nie grozi. FranekCzego by nie napisać o Tomaszu Frankowskim - będzie i tak za mało. Brazylia miała swego Ronaldo, Francuzi Zizou, Bułgarzy Stoichkova. My mamy Franka. I Bóg jeden wie gdzie byśmy teraz byli, gdyby nie jego gole. Grzegorz RasiakChyba najdłużej potwierdzany do gry zawodnik w dziejach Jagiellonii. Swoją drogą, jeżeli urzędy i banki w kraju Hellady załatwiają formalności tak jak kluby sportowe - nic dziwnego, że borykają się z problemami. W dniu dzisiejszym, pisać o jego przydatności dla drużyny to tak jak gdyby zastanawiać się, czy do życia potrzebny jest tlen. Fajnie, że działaczom udało się go ściągnąć i zapewnić warunki do gry. Bezapelacyjnie ma warunki ku temu, by jeszcze przez co najmniej 1,5 roku występować na wysokim poziomie. HermesChyba nadszedł i jego czas. Ostatnia runda to tylko potwierdziła, ale jestem daleki od oceniania jego dokonań w Jagiellonii, tylko przez pryzmat ostatnich kilkunastu meczów. InternationalW kadrze Jagiellonii znajdują się przedstawiciele 10 narodowości. Ksenofobii mówimy stanowcze nie, ale wypada się zastanowić, w czym sprowadzeni z zza granicy piłkarze, są lepsi od "naszych". Umiejętności piłkarskie? Yyyyyy.... Dyscyplina taktyczna? Yyyyy.... Przebojowość i rokowanie na przyszłość? Yyyyyy.... Oczywiście nie chcę każdego z nich oceniać jednakowo i tylko przez pryzmat właśnie skończonej rundy. Nie mam nic do Skerli czy Norambueny, na temat innych zawodników można polemizować. JurowieckaWciąż pusto, smutno. Tylko hula wiatr. Pustynia w centrum miasta straszy już od kilkunastu dobrych miesięcy. Galeria przy ul. Jurowieckiej zostanie zbudowana, ale niestety nie z tej strony ul. Fabrycznej, co trzeba. W przeciwieństwie do Irlandczyków, konsorcjum Strusa ma pieniądze i pomysł na wypełnienie urbanistycznej luki oraz kieszeni. Książkę pod tytułem "Galeria Jagiellońska" odłóżmy na półkę, pomiędzy inne bajki. Kulesza CezaryPatrząc na ostatnie miesiące w wykonaniu Jagiellonii aż się prosi, aby uderzyć pięścią w stół. I nie kto inny tylko Pan, Panie prezesie musi to wreszcie zrobić. LiderA raczej jego brak. Wszyscy zaraz wskażą Tomasza Frankowskiego i będą mieli trochę racji, ale jeśli zapytać nawet samego zainteresowanego, w elokwentny (jak mu przystało) sposób wytłumaczy, że i owszem - jest piłkarzem wszechstronnym, niesamowicie doświadczonym, widzącym na boisku wszystko, ale liderem nigdy nie był - ani w Wiśle ani tym bardziej w Jagiellonii. W Jadze brakuje kogoś pokroju Jacka Markiewicza - przebojowego, czasem nawet aroganckiego typa, trzymającego w ryzach drużynę, potrafiącego i zbesztać od czasu do czasu. Michał ProbierzOstatnio osiąganymi wynikami - czy to w Łodzi czy Salonikach - zaczął udowadniać, że na słabe wyniki Jagiellonii wiosną 2011 i kompromitację w Pawłodarze czasami trener nie ma wpływu. Nie uwierzę nigdy w to, że z premedytacją źle przygotował zespół do sezonu, czy tym bardziej w zarzuty, że taktyka dobrana na Irtysz była nieodpowiednia. Powoli zaczyna docierać do nas prawda, że trener nie pasował zawodnikom i co poniektórzy po prostu wzięli sprawy w swoje ręce. Ok, czas Probierza się skończył, ale nie tak powinien wyglądać koniec jego pracy w Białymstoku. Nastroje wśród kibicówMarne, co by nie rzec gorzej i niewiele wskazuje na to, że miałyby się poprawić. W tej sytuacji, nawet gdyby zarząd i dział marketingu stanął na głowie, bardzo ciężko będzie zapełnić nowy stadion. Opieka psychologicznaDlaczego by nie spróbować? Zamiast wydawać krocie na kolejnych piłkarzy może warto zainwestować w klubowego psychologa czy fizjologa? Może słabe wyniki osiągane na wyjazdach mają swoje przyczyny właśnie na podłożu słabych głów? Nauka nie od wczoraj idzie w parze ze sportem. Porażki na wyjazdachKażda bessa musi się kiedyś skończyć. I oto lepiej później niż wcale, bo w ostatniej ligowej kolejce roku 2011 nadarzającą się okazję wreszcie wykorzystaliśmy. Rzucona na pożarcie, na PGE Arena Jagiellonia wreszcie odmieniła losy gry i sama stała się myśliwym, z wielką determinacją wykorzystując błędy przeciwnika. Remont stadionu przy SłonecznejKolejne miesiące spędzane na placu budowy. A to także w jakiś mniejszy lub większy sposób odbija się na wynikach drużyny. Do meczu ze Śląskiem arena w Białymstoku, wydawała się być zaczarowana. Czar prysł po dwóch kolejnych porażkach, sytuacji nie mającej miejsca od kilku dobrych lat. Ograniczona liczba widzów przeszkadza zawodnikom, każdy z nich zapewne lepiej czułby się broniąc swej twierdzy, mając za sobą tysiące żółto-czerwonych szalików. SkautingLeży i kwiczy. Ruchy kadrowe w Białymstoku ograniczają się w większości do nazwisk piłkarzy polecanych przez managerów. Z drugiej strony podlasie to też nie jest jakaś wylęgarnia super talentów. Teraz albo nigdyDewiza, myśl przewodnia, która powinna prowadzić zawodników. Niestety wielu nie dostrzegło, że ostatnie mecze 2011 roku to dla nich być albo nie być, ostatnia szansa na wykreślenie swego nazwiska z listy transferowej, gotowej do ogłoszenia w zimowym okienku. Zawodnikom brakowało zadziorności, woli walki, wiary we własne siły i umiejętności. To też przyczyna słabych wyników. UtrzymanieCzy po najlepszym w historii sezonie, w którym to zajęliśmy na finiszu czwarte miejsce, będzie to nasz jedyny cel na wiosnę? Czy zamiast bić się o czołowe lokaty, do ostatniej kolejki będziemy raczej oglądać się za siebie, licząc punkty - swoje i te zdobywane przez oponentów? Scenariusz jak najbardziej możliwy, ale jeżeli spełnić pewne warunki, tj. sprowadzenie kilku wartościowych zawodników, solidne przepracowanie okresu przygotowawczego zimą i zmiana polityki trenera względem zawodników - wprowadzenie odrobiny dyscypliny, może przynieść zaskakujące efekty. Wiem, że brzmi to bardzo optymistycznie, ale co innego pozostało kibicom? Gorzej być nie może. WychowankowieWreszcie coraz głośniej pukają do bram pierwszej drużyny a kilku z nich, wygląda na to, że zdążyło się już w niej zadomowić. Po niezłym meczu z Legią zewsząd docierały głosy zachwytu i podziwu dla debiutantów i trenera. Gratulowano odpowiednio: umiejętności i braku respektu dla bardziej doświadczonych przeciwników oraz odwagi przy ustalaniu składu. Kolejne spotkania Jagiellonii pokazały, że przed orlętami jeszcze daleka droga, by stać się prawdziwym ogniwem w żółto-czerwonym łańcuchu, ale są przynajmniej na trasie szybkiego ruchu. Zaplecze treningoweJak nie było, tak nie ma. Budujemy piękny stadion, ale sprawa boisk treningowych z prawdziwego zdarzenia, wydaje się odleglejsza niż stąd do Jowisza.
środa, 07 grudnia 2011
Zmiany - tak; Rewolucja - nie.
Rewolucja - nie znam w języku polskim równie pięknego słowa, jednocześnie niosącego tak wiele negatywnych emocji. Nie uważam się za radykalnego konserwatystę, zdecydowanie bliższe mi są idee pozytywizmu aniżeli romantyczna walka z góry skazana na porażkę. Nie uważam, że każda zmiana niesie za sobą lepsze czasy, ale transformacje i metamorfozy to nieodzowna część ludzkiego życia. Ważne tylko, aby zmian dokonywać w odpowiednim czasie i w odpowiedni, przemyślany sposób. Jeżeli popatrzeć na to zagadnienie przez pryzmat Jagiellonii - czas na zmiany właśnie nadszedł, potrzeba tylko dobrego pomysłu i kogoś, kto będzie w stanie je przeprowadzić, nie doprowadzając jednocześnie do stanu gorszego niż mamy. Są w klubie prezes, zarząd, rada nadzorcza, właściciele. Jagiellonia to prywatne przedsiębiorstwo, które na dzień dzisiejszy notuje bessę. W każdej firmie są lepsze i gorsze dni, ale dzięki właściwym ludziom na odpowiednich miejscach udaje się przetrzymać złe dni i przezwyciężyć w końcu kryzys. Wystarczy przyjrzeć się pracy tychże ludzi, poddać ocenie i wyciągnąć konsekwencje. Nie mówię tylko o piłkarzach i trenerze, ale o całej ekipie - od prezesa czy dyrektorów marketingu do osoby odpowiedzialnej za utrzymanie czystości w szatni. Każdy, na koniec roku, powinien mieć wystawioną cenzurkę. Jagiellonia jest jak mechanizm w zegarku - zepsuty najmniejszy trybik niweczy wysiłek i trud całej reszty. Inna sprawa, że zegarek się nakręca, nie stroi. Ale błagam, nic na siłę. Nie wrzucajmy wszystkich zawodników do tego samego wora z etykietką "darmozjady". Jest w Jagiellonii co najmniej kilkunastu wartościowych zawodników. Kilku z nich może jeszcze nie osiągnęło apogeum swoich możliwości i mają szansę rozwinąć skrzydła. Przecież ta sama drużyna, w zeszłym roku osiągnęła najlepszy wynik w historii ekstraklasowych rozgrywek. Coś jest na rzeczy ale przecież kiedy zepsuje się telewizor, nie lecimy od razu do sklepu by kupić nowy. Najpierw wzywamy fachowca, który wie jak odnaleźć i wymienić przepalony bezpiecznik. Mówienie o przeprowadzeniu zimą radykalnej rewolucji kadrowej przywołuje mi w pamięci lato 2001 roku i jego późniejsze konsekwencje. Oto Jagiellonia, po pięciu latach przerwy, powraca na zaplecze ekstraklasy. Uzyskuje awans, pomimo, że drużyna trenera Gaszyńskiego nie była stawiana w gronie faworytów, zaledwie rok wcześniej występowała bowiem w IV lidze - a potem nie została w jakiś szczególny sposób wzmocniona. Była to "paczka" chłopaków z Białegostoku, znających i rozumiejących się na wylot, z "Jotką" nie tylko na koszulce (choć wówczas na trykotach widniało raczej logo Wersalu Podlaskiego) ale i w sercu. Zawodnicy daliby się za siebie pokroić. Krzysztof Maciejczuk podczas jednego z meczów stracił w pojedynku główkowym dwie górne jedynki i zalał się krwią ale przez myśl mu nawet nie przeszło, że zejdzie z boiska. Grał do końca.
Rewolucji kadrowej dokonano po intensywnej przerwie letniej, kiedy do Białegostoku ciągneli zewsząd kandydaci do gry w białostockiej drużynie. Lekką ręką pozbywano się, lub zsyłano do rezerw wychowanków i piłkarzy związanych z regionem, zatrudniając masę przeciętnych grajków. Z kadry ubyło 13 zawodników, w tym np. Marcin Danielewicz, Jacek Markiewicz, Robert Speichler czy Marcin Manelski. Łącznie, w przerwie letniej, zatrudniono w sumie aż 14 nowych zawodników. Niech o ich klasie stanowi fakt, że w trakcie sezonu do Jagiellonii przyszło kolejnych 13 - w tym kilku, których Łazarek wcześniej oddelegował. Wszyscy pamiętamy, jakie były efekty owej rewolucji - beznadzieja i wstyd w rundzie jesiennej pokazały, że co nagle to po diable. Zniweczono wysiłek poprzedników, wpędzono klub w tarapaty finansowe a wyników po prostu nie było. Dodatkowo przez mnogość nowych twarzy w szatni dochodziło do olbrzymiej niekonsekwencji w decyzjach trenera, nie przypominam sobie abyśmy jesienią 2001 roku, dwukrotnie wyszli na mecz w podobnym składzie czy ustawieniu. Rewolucyjna czkawka odbijała się do końca rundy. Wiosną - po solidnym okresie przygotowawczym przeprowadzonym m.in. we Włoszech, dokonaniu kilku kolejnych transferów, żółto - czerwoni przentowali się znacznie lepiej, niestety nie na tyle by uratować II ligę. Głównie z powodu "zaległości" z jesieni. Potem był spadek do III ligi, odwołanie z posady trenera i kolejna czystka listy płac. Wyciągnijmy nauczkę z tej lekcji.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
A Probierz się śmieje...
Sam nie wiem od czego nawet miałbym zacząć, gdybym spróbował podsumować to, co ostatnimi czasy wydarzyło się wokół Jagiellonii. Wśród kibiców i futbolowych ekspertów udzielających się na łamach prasy i innych mediów nie brakuje gorących głów, prawdziwych rewolucjonistów, którzy to najchętniej spakowaliby zawodnikom manatki i posłali skąd przyszli. OK, jest to jakaś metoda, niejeden zespół został odmieniony przez dokonanie tzw. "wietrzenia szatni" w przerwie zimowej ale czy ktokolwiek na dobrą sprawę wie, kogo należałoby się pozbyć? - Tych bez formy, zaniżających statystyki, snujących się po boisku, którzy w dniu meczu na 90 minut wyłączają myślenie - pada odpowiedź. Aha. Czyli wszystkich, co do jednego. Nie będę oryginalny i, jak zresztą zawsze, nie odkryję tu ameryki stawiając twierdzenie, że tak słabo grającej drużyny nie widziałem od kilku lat. Nie mogę pojąć w jaki sposób ten zespół, w ubiegłym roku zajął czwarte miejsce w ekstraklasie, kiedy dzisiaj ledwo remisuje ze słabiutkim Łódzkim Ks. Przecież w gruncie rzeczy, trzon stanowią te same nazwiska i niemożliwością jest, aby wszyscy na trzy-cztery zapomnieli jak wykonywać zawód, któremu poświęcali jak dotąd całe życie. Coś musiało się stać, coś zaważyło, że w pewnym momencie w mechaniźmie zabrakło smaru i rdzewiejące tryby zaczęły się zacierać. Coś zaczęło śmierdzieć. Szambo wylewające się z szatni. Kadrowa rewolucja? Już raz to przerabialiśmy i nawet trener z tzw. nazwiskiem - Wojciech Łazarek nie zdołał utrzymać się w lidze. Trener - cudotwórca? Odkąd zamknęli Fryzjera magia przestała działać. Zaciąg zagraniczny? "Panie, daj pan spokój". Grać juniorami? Aż tak w nich nie wierzę. Cóż więc uczynić? Ktoś po prostu chyba powinien uderzyć pięścią w stół.
sobota, 03 grudnia 2011
Lech, Czech, Rus i Nygus
Przesadny hurraoptymizm zagościł na dobre w tytułach prasowych po losowaniu grup Euro 2012. Jakkolwiek by było i kogokolwiek byśmy nie wylosowali, cholernie ciężko będzie awansować, a zamiast wyjścia z grupy, czeka nas raczej wyjście ze stadionu z opuszczonymi głowami. Chociaż, kto wie? Może gdyby Franciszek Smuda, zamiast Blaszczykowskich i Spółki wystawiłby do gry jedenastkę Jagiellonii a mecz otwarcia gralibyśmy w Twierdzy Białystok - może cos by z tego było, oczywiście pod warunkiem, ze Grecy nie dadzą paszportów graczom Śląska Wrocław. Problemy zaczęłyby się dopiero w finale, kiedy przyszłoby grac w Kijowie, "na wyjeździe", a tam - wiadomo jak kończy się zdecydowana większość jagiellońskich eskapad. Wtedy do gry wkroczyliby rezerwowi - gracze Podbeskidzia, radzący sobie na wyjazdach całkiem, całkiem... Wewnętrzny sparing takiej kadry będziemy mogli oglądać dzisiaj na stadionie przy Słonecznej. Słonecznej tylko z nazwy, bo wyglądając przez okno prędzej spodziewałbym się dzisiaj deszczu i wiatru. Wiatru biednym w oczy. Czwarta drużyna ubiegłego sezonu podejmuje beniaminka, którym Podbeskidzie jest już tylko z nazwy. Ograli Wiśle, ograli Legie, maja wiatr w żaglach, znająca się na wylot drużynę i nastrojona gitarę. Chodzi jednak o to, by jak z nut grała dzisiaj Jagiellonia, bo to ostatnia szansa by udowodnić kibicom, ze nie jest się tylko zbieranina piłkarzy a prawdziwa drużyna, samemu sobie, ze da się zagrać na 100% i trenerowi, by raz jeszcze przeanalizował listę nazwisk do skreślenia zimą.
środa, 09 listopada 2011
Dziesięć lat minęło cz. III - gdy strzela nasz Wojtek...
Czas przyjrzeć się piłkarzom pod względem ich zdobyczy bramkowych. Na przestrzeni pierwszej dekady XXI roku, Jagiellończycy ustrzelili 475 bramek, co niestety nie stawia ich wśród najskuteczniejszych drużyn w Polsce. Na ostateczny wynik pracowało aż 84 zawodników, przy czym 27 trafiało celnie tylko raz.
„Gdy strzela nasz Wojtek to nikt nie obroni, / Bo rządzą żółto-czerwoni”
Wszystko, co można powiedzieć o Tomaszu Frankowskim zostało już najprawdopodobniej powiedziane, zapisane i przetłumaczone na wszystkie języki świata. Tacy zawodnicy w polskiej piłce zdarzają się co najwyżej kilka razy na dekadę, gwiazdy te często gasną jeszcze szybciej niż zdołały zabłysnąć. On jednak wciąż trwa i wszystko wskazuje na to, że trwać będzie, przez co najmniej jeden kolejny rok – czego z całego serca życzę jemu i jego fanom. Elementy, które odróżniają go od innych napastników w Polsce - oczywiście poza nieprzeciętnymi umiejętnościami czysto piłkarskimi - to spokój, opanowanie i niesamowita inteligencja. Młody chłopak, który w wieku 19 lat opuszczał Białystok idąc w świat wiedział co robi, szkoła życia, jakiej doświadczył we Francji czy Japonii odcisnęła swe piętno i procentuje w nim do dziś, w każdym kroku, który stawia na boisku. Odkąd wrócił do Jagiellonii, strzela bramki jak na zawołanie, nic więc dziwnego, że zajął w zestawieniu wysokie, drugie miejsce. Potrzebował na to zaledwie 4 rund. Nie muszę chyba wspominać, że na jego wynik wpłynęły tylko i wyłącznie bramki zdobyte w Ekstraklasie, Pucharze Polski i Superpucharze – a te zdobywa się zdecydowanie ciężej, niż na II-go czy III-cio ligowym froncie (z całym szacunkiem dla Wojciecha Kobeszki czy innych zawodników w zestawieniu).
Do drzwi Jagiellonii zapukał latem 2001 roku, wraz z dwoma tuzinami innych zawodników, zasilając beniaminka II ligi prowadzonego przez popularnego Wojciecha Łazarka. Kadrowa rewolucja nie uratowała Jagiellonii statusu drugoligowego, po spadku podziękowano znakomitej większości zawodników, ale dla Dzidosława Żuberka miejsce się znalazło. Do grupy podstawowych zawdoników żółto-czerwonych zaliczał się od jesieni 2001 do sezonu 2004/05. W kolejnym roku pozostawał już tylko zmiennikiem, by ostatecznie pożegnać się z białostocką publicznością jesienią 2006 roku. Był to piłkarz, jak na nasze skromne warunki, wielce doświadczony i legitymujący się całkiem niezłymi umiejętnościami. Wraz z upływem lat trenerzy przesuwali go w głąb pola gry, z sezonu na sezon zdobywał więc coraz mniej bramek, odpowiadając ostatecznie głównie za środek boiska. Lata gry w Jagiellonii związały rodowitego łodzianina z regionem. Podejrzewam, że jego najcenniejsza pamiątka to poniższe zdjęcie:
Cała lista: 54 - Kobeszko Wojciech - 47, 7, 0, 0, 0, 0 A Orzełek?
To nasza wina. To chyba my wszyscy, kibice - od sympatyków B klasowego LZS Studzianki do fanatyków ekstraklasowej Jagiellonii - jesteśmy winni tego, że dawno już, lekceważącym tonem stwierdziliśmy, iż ekipa Grzegorza Laty nie jest już w stanie bardziej pogrążyć atmosfery wokół polskiej piłki, reprezentacji, związku czy w końcu samych siebie. Otóż nie, myliliśmy się. Czym zajmują się chairmani polskiej piłki? Jak wygląda porządek dzienny typowego poniedziałku czy środy w Polskim Związku Piłki Nożnej? Czy aby napewno wykwalifikowani specjaliści głowią się i troją, by kreślić strategie rozwoju, bądź co bądź, naszego narodowego sportu? Chyba nie. Po tym, jak dziś zaprezentowano nowe stroje reprezentacji Polski dochodzę do wniosku, że głównie pracują nad tym aby zostać jeszcze bardziej znienawidzonymi. Za wszystko czego tylko się dotkną. Przez wszystkich. Jeżeli granatowe koszulki z flagą Monaco na rękawkach były skandalem, to jak nazwać strój "reprezentacji wszystkich Polaków" gdzie zamiast odwiecznego Orła, dumnie noszącego na głowie złotą koronę - o którą tak długo walczyliśmy, widnieje logotyp najbardziej znienawidzonej, skorumpowanej do cna organizacji? Zrzeszenia bandy nierobów, darmozjadów i trucicieli. Ludzi tępo trzymających się stołków i ślepo wpatrzonych w swego guru, dojących koryto do cna i mających za nic tradycję. Nijak nie przemawia do mnie fakt, że decyzja o likwidacji Orzełka była podparta pseudorzetelnymi badaniami. Jedyny komentarz jaki ciśnie się na usta to kwestia badań innego rodzaju. Obowiązkowych psychiatrycznych, zalecanych dla każdego kto maczał w tym palce. Nikt z PZPN nie ma nawet za grosz odwagi aby przyznać się, że zaważyły względy ekonomiczne i, że już liczą miliony jakie zarobią na sprzedaży nowych koszulek, mając prawa do logotypu na wyłączność, bo do tej pory, obecnego na koszulkach Orzełka, mógł używać każdy - nawet do produkcji tańszych niż oryginalne koszulki Nike czy Pumy, replik spotykanych na bazarkach, jakże chętnie ubieranych przez małoletnich gwiazdorów osiedlowych boisk. Sam pamiętam jak się cieszyłem, kiedy dostałem od rodziców czerwoną koszulkę z Orzełkiem i numerem 9 na plecach, w prezencie urodzinowym. Do tej pory ją mam i zawsze będzie dla mnie warta więcej niż ciuchy renomowanych marek.
PS: Pamiętam, że kiedy Nike był sponsorem technicznym PZPN pod koniec lat 90-tych, stroje podobały mi się. Najbardziej ceniłem w nich to, że w przeciwieństwie do innych firm nie upychali wszędzie tych samych wzorów - nie przypominam sobie, by jakakolwiek inna reprezentacja występowała wtedy w podobnych koszulkach. Nike zaprojektował wtedy trykot podobny do tedo zaprezentowanego dzisiaj, co prawda miał inny krój ale także nawiązywał do flagi narodowej. Godła oczywiście nie zabrakło...
poniedziałek, 07 listopada 2011
Dziesięć lat minęło cz.II - Jagiellończycy
Z lekkim poślizgiem oddaję drugą część zestawienia podsumowującego pierwszą dekadę XXI wieku w wykonaniu Jagiellonii. Pierwsza część (właśnie poprawiona) dotyczyła przeciwników, z jakimi przyszło się nam mierzyć. Dziś zobaczymy kto pracował na sukces, jakim był awans o dwie klasy i wywalczenie przepustki do europejskich pucharów. Na przestrzeni dziesięciu lat, barwy Jagiellonii reprezentowało 171 zawodników. Jedenastu z nich przekroczyło liczbę 100 rozegranych meczów, dwunastu nie rozegrało więcej niż zaledwie jedno spotkanie. Najlepszy strzelec zdobył 54 bramki. Żółto-czerwoną koszulkę przywdziewali piłkarze pochodzący z 17 krajów. Oczywiście najwięcej w tym gronie było Polaków - 142 zawodników, kolejno Brazylijczyków - 8, Litwinów - 5, Czechów, Czarnogórców - po 2. Ponadto jeden Zimbabwianin, Słowak, Serb, Australijczyk, Białorusin, Bośniak, Kameruńczyk, Chilijczyk, Kolumbijczyk, Niemiec i Marokańczyk.
Znakomitą większość Polaków, stanowili zawodnicy "najemni", transferowani do Jagiellonii z innych klubów a odsetek grających regularnie wychowanków jest zdecydowanie gorszy niż w poprzednich dekadach. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że może nie było ich zbyt wielu ale to wychowankowie, bądź piłkarze związani z regionem odgrywali w zespole ważne role. 1. Mariusz Dzienis I tak oto, rekordzistą pod względem występów w Jagiellonii na przestrzeni pierwszej „dziesięciolatki” XXI wieku stał się Mariusz Dzienis. Reprezentując barwy Jagiellonii w ciągu ośmiu sezonów zaliczył 211 występów, na które składały się 185 meczów w ligach (od III do Ekstraklasy), 15 meczów w Pucharze Polski i 11 w Pucharze Ligi i Pucharze Ekstraklasy. 211 rozegranych spotkań to jednocześnie ponad 55% wszystkich, jakie Jagiellonia rozegrała na przestrzeni owych dziesięciu lat.
Wychowanek Jagiellonii, debiutował w pierwszym zespole żółto-czerwonych w sezonie 1999/00, dołączając do drużyny prowadzonej przez Witolda Mroziewskiego. Na uwagę zasługuje fakt, że w tym właśnie roku dokonano fuzji Jagiellonii z Kp Wersalem Podlaski Wasilków, kadra IV ligowej drużyny została znacznie wzmocniona, przez co bardzo utrudniono juniorom przebicie się do I składu. Swoją drogą Mariusz Dzienis wywodzi się z drużyny MOSP rocznik 1980, który oczywiście nie osiągnął sukcesów na miarę poprzedników z np. 1974 ale wychował Jagiellonii kilku niezłych zawodników, którzy potem przez lata mieli stanowić o sile drużyny, zarówno w IV lidze jak i w Ekstraklasie, zawodników ewoluujących wraz z zespołem. Spotkałem się z opinią, że aby bić rekordy pod względem ilości rozegranych spotkań nie trzeba być piłkarzem wybitnym, wręcz przeciwnie – należy być średniakiem i nie wolno schodzić poniżej pewnego poziomu. Bo rzeczywiście coś w tym jest. Marek Chojnacki z Łks, Janusz Jojko z Gks – wszyscy oni nie byli piłkarzami klasy międzynarodowej czy reprezentacyjnej. Byli solidnymi wyrobnikami ligowego materiału, zbyt słabi by wyjechać za granicę ale na tyle mocni, że nie dać się pożreć II-go ligowej odchłani. Czy Mariusza Dzienisa można osądzić w ten sam sposób? A może bardziej wypadałoby pochwalić za przywiązanie do barw klubowych, rodzinnego miasta? Mariusz Dzienis wciąż musiał coś kibicom udowadniać. Nie pamiętam co prawda sytuacji, w której mocno nadwyrężył zaciągnięty u nich kredyt zaufania i raczej zawsze mógł liczyć na ich przychylność ale też za każdym razem, kiedy Jagiellonii udawało się awansować o klasę wyżej, opinia na stadionie głosiła, że tym razem to już dla „Mańka” za wysokie progi. Tymczasem po awansie do III ligi, może nie od razu, ale wywalczył miejsce w podstawowym składzie. Po awansie do II, jako jeden z nielicznych rodowitych jagiellończyków zdołał oprzeć się rewolucji kadrowej, przeprowadzonej przez trenera Łazarka, mało tego – godnie udało mu się zastąpić odchodzący powoli na piłkarską emeryturę symbol Jagiellonii lat 90-tych – Ryszarda Ostrowskiego. Pierwszą, słabszą rundę miał dopiero na wiosnę 2005 roku, czego efektem było roczne wypożyczenie do Lechii Gdańsk, gdzie był podstawowym zawodnikiem. Oficjalnie mówiło się o słabszej formie i decydującym etapie studiów prowadzonych na uczelni właśnie w Gdańsku a kuluarowe plotki mówiły raczej o nieprzychylności ówczesnego trenera – Adama Nawałki. Po powrocie do Białegostoku znów miał miejsce w wyjściowej jedenastce (tym razem najpierw u Ryszarda Tarasiewicza a potem u Artura Płatka) – tym razem to była już jednak drużyna na miarę awansu do Ekstraklasy. Obserwując grę i boiskowe poczynania Mariusza Dzienisa na przestrzeni lat nie sposób nie zauważyć jak wiele pracy włożył w to by wciąż się rozwijać. Może nie miał wystarczająco dużego talentu by zostać wypatrzonym przez piłkarskich skautów w wieku 19 czy 21 lat i wykupionym przez Wisłę czy Widzew ale udowodnił, że pozostając w macierzystym klubie także można spełniać marzenia o występach w Ekstraklasie. Ukoronowaniem jego przygody z piłką nożną został gol, jedyny jaki udało mu się uzyskać w najwyższej klasie rozgrywek, strzelony Lechowi Poznań jesienią 2007 roku: Polityka transferowo-kadrowa Jagiellonii ostatnich lat to przede wszystkim twarda ręka i bezkompromisowe decyzje trenera Michała Probieża. Tylko i wyłącznie on zadecydował o tym, że przedłużać umowy z 29 wtedy letnim zawodnikiem nie ma sensu. Pytany przez dziennikarzy zawodnik twierdził, że zanosiło się na to od dawna i nie był sytuacją zaskoczony, bo zdążył się z nią oswoić. 30 maja 2009 roku, meczem z GKS Bełchatów, wchodząc na boisko w 85 minucie pożegnał się z białostocką widownią, szykującą tego dnia owację na stojąco. Nigdy nie traktował trzynastki, z którą grał na plecach, jako liczby pechowej. Jedyne, czego żałował to błędna decyzja sędziego podczas pamiętnego półfinału Pucharu Polski, kiedy jeszcze jako drugoligowiec strzelił piękną bramkę, niestety nie uznaną. 2. Dariusz Łatka 201 – 211 meczów (liga: 173, Puchar Polski: 17, Puchar Ligi/Ekstraklasy: 9, baraże o awans do Ekstraklasy: 2) Jeżeli Ryszard Ostrowski, odchodząc na piłkarską emeryturę, pozycję na boisku pozostawił w spadku Mariuszowi Dzienisowi, to inne charakteryzujące go cechy jak nieustępliwość, waleczność, oddanie serca grze, przejął po nim Dariusz Łatka. Mimo, że pochodzi z Krakowa, jest wychowankiem Wisły a do Jagiellonii przychodził z Hutnika jako jeden z elementów wielkiej rewolucji Wojciecha Łazarka, można go nazwac 100% Jagiellończykiem. W każdym sezonie podstawowy zawodnik i motor, serce drużyny. Problemy pojawiły się dopiero w Ekstraklasie, do odejścia z klubu zmusiły go okoliczności podobne, jak w przypadku Mariusza Dzienisa.
Pierwsza pięćdziesiątka:
całą tabelę znajdziesz tutaj
czwartek, 03 listopada 2011
Na reporterskim szlaku
Nawiązując do dwóch ostatnich wpisów i niejako by zamknąć już (przynajmniej na razie) tematykę stadionów w Białymstoku, pozwolę sobie przytoczyć kolejną relację, tym razem kibiców Śląska Wrocław, pełniących dodatkowo rolę sprawozdawców serwisu ŚląskNet.com. Historia miała miejsce podczas meczu o mistrzostwo II ligi w 2005 roku odbywającym się na stadionie Hetmana. Jak nas widzą, tak nas piszą. Nikt nie musi udowadniać jak ważne prawdy głoszą nasze narodowe przysłowia. I rzeczywiście. Wizerunek klubu piłkarskiego składa się z kilku podmiotów. Wyniki osiągane przez drużynę to czynnik najważniejszy ale nie zapominajmy o tym jaki wpływ mają na niego również kibice czy ogólnie pojęta "otoczka". Wizerunek kreują media, bo to na podstawie ich relacji, sympatycy futbolu ze śląska czy pomorza czytają relacje z drugiego końca Polski, jakim nierzadko mieni się Białystok, i często nie pozostaje im nic innego jak poprostu zawierzyć w ich słowa. Wnioski przychodzą do głowy same, nie potrzeba zatrudniać nie wiadomo jakich specjalistów PR, by dziennikarze przyjeżdżający do Białegostoku, opuszczali nasze miasto z dobrym wrażeniem. Relacja kibiców Widzewa opisywała ostatnie dni Jurowieckiej, kulminację wyczekiwań na lepsze czasy i upragnioną przeprowadzkę na stadion Hetmana. Zmiana adresu dokonana kilkanaście miesięcy później objawiła prawdę starą i gorzką, że Hetman to nie Maracana, ale wystarczyło poświęcić czas i pieniądze by odmienić jego oblicze. Stadion ładniał w oczach, nawet komisja licencyjna PZPN, wizytując stadion, nie kryła zachwytu. Bo w przeciwieństwie do innych aren piłkarskich w Polsce, przystosowanie do wymagań II ligi nie polegało tylko na załataniu dziur w płotach i przykręceniu krzesełek wprost do zmurszałych ławek, pamiętających przemówienia Gomułki czy chlapnięciu olejną farbą tu i tam. Podesty zostały w większości wybetonowane na nowo lub wypiaskowane, dzięki czemu uzyskały jasny, przyjazny dla oka kolor. Ba! Wyglądały jak nowe. Niestety nie poświęcono zbyt wiele czasu szczegółom, może na pierwszy rzut oka nie wartym uwagi, ale także mającym wpływ na wizerunek klubu. Klubu powracającego na piłkarskie salony po wielu latach banicji. Klubu od zawsze walczącego z etykietką drużyny prowincjonalnej, reprezentantem Polski B. A dziennikarskie oko wyłapuje takie elementy momentalnie...
wtorek, 01 listopada 2011
Ludzie bezdomni
Pierwszy mecz w życiu, jaki widziałem na własne oczy, pucharowa potyczkę Jagiellonii z Piotrcovią, zobaczyłem z wysokości trybun stadionu przy Jurowieckiej. Lata świetności dawno miął już za sobą, gierkowski porządek okalającego koronę stadionu terenu także zniknął, jak gdyby wchłonęły go blaszane budy i stelaże a powiewające na wietrze strzępy niebieskiej plandeki przykryły resztę historii. Historii placu w centrum miasta, gdzie bieg wydarzeń zatoczył w pewnym sensie koło i na własne oczy możemy zobaczyć taką samą pustynię, jaką widzieli białostoczanie tuż po zakończeniu II wojny światowej. Wcześniej stały tam fabryki (nazwa ul. Fabrycznej zupełnie więc nieprzypadkowa) ale w najnowszej historii Białegostoku szeroki na prawie 200 metrów pas, wzdłuż Białej wiąże się już tylko i wyłącznie ze sportem, lekką atletyką, boksem, siatkówką, piłką ręczną no i w końcu z futbolem i Jagiellonią. Ale od początku.
Zaczęło się od hali. Powstała w 1953 roku, jako pierwszy tego typu obiekt w Białymstoku. Gościła ekstraklasę siatkówki (Gwardia Białystok - pierwsza drużyna z naszego miasta, która zdołała przebić się do elity, w swej dyscyplinie), międzynarodowe mecze bokserskie (jak np. spotkanie Polska-NRD w 1959) czy zawody w podnoszeniu ciężarów (Mistrzostwa Polski '64 i trzykrotne bicie rekordu świata przez Waldemara Baszanowskiego) i I ligę koszykówki Kobiet (Włókniarz). Zainteresowanie sportem w tamtych latach było tak duże, że kibice nie będący w stanie dostać się do hali, gromadzili się na zewnątrz i przez wywieszone głośniki słuchali odgłosów i komentarzy z wewnątrz. Przez wiele lat była domem Jagiellonii, siedzibą klubu, sekcji lekkoatletycznej, szermierczej czy judo. Także domem kibiców, zwłaszcza w ostatniej dekadzie istnienia kompleksu. To tu białostoccy ultrasi zarywali nocki wymyślając i tworząc oprawy a piwo smakowało najlepiej w Jaga Pubie.
Białystok lat 50-tych posiadał stadion miejski ze zgrabną, zadaszoną aczkolwiek przestarzałą (drewnianą) trybuną na Zwierzyńcu. Dzisiejszy wygląd obiektu to sprawa remontu czy raczej gruntownej przebudowy pod koniec lat 80-tych. Nie każdy wie, że pod trybuną znajduje się kryta bieżnia, na której sprinterzy czy płotkarze mogą trenować cały rok. Stadion ten był również pierwszą areną zmagań piłkarzy Jagiellonii. Piłkarzy można rzec "bezdomnych", bo nie posiadających własnego obiektu, nawet treningi przeprowadzających na polanach parku zwierzynieckiego, często zmuszonych podejmować rywali na podbiałostockich boiskach.
Decyzja o budowie stadionu przy ulicy Jurowieckiej podjęto na przełomie piątej i szóstej dekady XX wieku i nie od razu z myślą o Jagiellonii. Pierwszym "gospodarzem" stadionu była jedenastka Włókniarza Białystok - wówczas najlepszej drużyny w mieście, przez jeden sezon nawet drugoligowej. Z biegiem czasu z boiska zaczęły korzystać także zespoły Gwardii i Jagiellonii. Nigdy nie planowano uczynić z tego miejsca głównej areny miejskiej, z założenia miał to być stadionik dzielnicowy, miejsce treningów juniorów i młodzieży - jakże garnącej się do sportu w tamtych latach. Wiadomo było, że duży obiekt sportowy w centrum miasta nie ma racji bytu i postanowiono zbudować go na obrzeżach, nieopodal lotniska sportowego aeroklubu. Stadion im. Janusza Kusocińskiego przy Jurowieckiej oddano do użytku w 1962 roku. Na stałe, piłkarze Jagiellonii, zaczęli występować tu dopiero na początku lat 70-tych, by przenieść się na Stadion Gwardii wraz z awansem do II ligi kilka lat później, i z przerwami, występowali tam aż do początku lat 90-tych. Słabe wyniki i coraz bardziej nikłe zainteresowanie ze strony kibiców zadecydowały, że mecze ekstraklasy sezonu 92/93 Jagiellonia rozgrywała przy Jurowieckiej, co jeszcze kilka lat wcześniej było nie do pomyślenia. Ligowa degrengolada sprawiła, że na stadion przy Słonecznej (przemianowany na Stadion Hetmana), jagiellończycy wrócili dopiero niemal dekadę później, by rozegrać tam kilka meczy jesienią 2001 roku, po powrocie do II ligi. Rozczarowujące wyniki i spadek liczby widzów zadecydował o powrocie na Jurowiecką. Wtedy też stadion im. J.Kusocińskiego przeszedł ostatnią większą przemianę - zyskał dwie nowe trybuny co znacznie powiększyło jego pojemność. Pojemność, której nigdy tak naprawdę nie udało się zmierzyć. Oficjalne źródła podawały, że rekord frekwencji padł na tym obiekcie w 1978 roku, w meczu ze Stoczniowcem Gdańsk i wynosił ok 5 tysięcy kibiców. Dane te nigdy nie zostały potwierdzone, mało tego zostały skutecznie obalone przez wszystkim dobrze znanego z łam forum internetowego Zygmunta. Po za tym jak mówić o rekordach, skoro do końca nie wiadomo było ile widzów mogły pomieścić trybuny wzdłuż linii bocznych. Mówiono o 6 tysiącach ale według mnie była to liczba nieco przesadzona i stała się realna dopiero po dostawieniu trybun za bramkami. Wydaje mi się, że rekord mógł paść we wrześniu 2003 roku podczas przegranego 1:2 meczu z Pogonią Szczecin. Nie są to dane potwierdzone, z prostej przyczyny nagminnego naginania maksymalnej liczby biletów ustanowionej przez PZPN. Oficjalnie, ze względów bezpieczeństwa, klub mógł rozprowadzić jedynie 3,5 tysiąca kart wstępu. Nieoficjalnie, liczba fanów podczas tego sezonu nie spadała poniżej 4 tysięcy a na wspomnianym meczu z Pogonią mogło ich spokojnie być powyżej 5,5 - 6 tysięcy. W dość zabawny sposób o frekwencję dbano w połowie lat 90-tych. Ówczesny "dobrodziej" Jagiellonii - Waldemar Dąbrowski (przeczytasz o nim tutaj) ufundował nagrodę, losowaną wśród kibiców obecnych na stadionie - nowiutkiego, białego FIATA 126p! Ale losowanego tylko wśród posiadaczy biletów normalnych, i tylko w przypadku, gdy zostanie ich sprzedanych co najmniej 3 tysiące. Oczywiste, że nagroda przechodziła z kolejki na kolejkę, aż po przerwie między rundami słuch po niej zaginął.
Tereny formalnie należące do miasta zostały przekazane Jagiellonii w wieczyste użytkowanie dopiero w latach 80-tych. Głównie z powodu działającej tam sekcji lekkoatletycznej.W ogóle projektanci stadionu tworzyli go głównie z myślą o królewskiej dyscyplinie sportu a ślady po dawnej bieżni było jeszcze widać w ostatnich dniach użytkowania areny. Innych elementów stadionu, których kibice mojego pokolenia nie mieli możliwości zobaczyć na własne oczy to między innymi betonowe przegrody między sektorami, boczne sektory układające się na kształt łuku czy kładka na rzece Białej, przez którą można było wejść na stadion. Natomiast po fuzji Jagiellonii z Kp Wersal Podlaski Wasilków i poprawie kondycji finansowej, stadion małymi kroczkami remontowano - poprawiając zabezpieczenia, montując dach nad nowopowstałą lożą prasową i vip (kilkadziesiąt żółto-czerwonych krzesełek), betonując nowe podesty w sektorze - klatce dla kibiców gości czy wyżej wymienione postawienie nowych trybun. Wszystkie te zmiany należy jednak nazwać jedynie drobną kosmetyką, nijak mającą się do wymagań i oczekiwań białostockich kibiców mających dość folkloru, jakim można było nazwać organizację meczów przy Jurowieckiej.
Jak grzyby po deszczu, wokół trybun, wyrosły bowiem dziesiątki budek i straganików. Można rzec, że handel wyparł sportowców ale z drugiej strony opłaty pobierane od kupców ratowały zadłużoną po uszy Jagiellonię. Mało tego, kupcy od czasu do czasu "zrzucali" się też na premie dla zawodników. Podobno kilka razy strzelec gola otrzymywał w nagrodę niezłą wałówkę. Sytuacja doszła do tego, że odnosiło się wrażenie, że to stadion został wybudowany w środku bazaru a nie odwrotnie. Z dzisiejszego punktu widzenia to dość surrealistyczne, że na dobrą sprawę na trybunę B prowadziło jedno wąskie wejście, prowadzące krętym slalomem, między straganami. W ostatnich latach stadion nie spełniał żadnych wymagań bezpieczeństwa ale jakimś cudem udawało się uzyskać licencję. Ponowny awans do II ligi, wiatr złapany w żagle przez drużynę za sprawą poprawienia sytuacji materialnej w klubie i coraz głośniejsze słowa o budowie drużyny na miarę ekstraklasy - sprawiły, że powracał też temat powrotu na stadion Hetmana. Próba generalna - mecz 1/2 finału Pucharu Polski z Legią uświadomił wszystkim, że owy stadion jest w opłakanym stanie a zadyma na trybunach udowodniła, że organizacja meczu na tak dużym obiekcie przerasta możliwości niektórych pracowników klubu. Ostatecznie jednak innej możliwości na dobrą sprawę nie było, Jurowiecka musiała przegrać z Hetmanem...
...nawet w dobie rewelacji rodem z Hollywood i najbardziej nieprawdopodobnych scenariuszy science-fiction. Oto bowiem pojawiły się dwie wersje wydarzeń i pomysłów na zagospodarowanie terenów przy Jurowieckiej. Jeszcze w latach 90-tych mówiło się o sprzedaży części działki (boiska treningowego) pod budowę supermarketu sieci Lidl, wkomponowanego w improwizowane "centrum handlowe Jagiellonia" - czegoś na kształt CH Park przy dworcu PKS. Temat powrócił tuż przed wejściem kapitału Wersalu Podlaskiego. I gdyby nie krzyk podniesiony przez władze miasta, odnośnie niejasnej sytuacji własności gruntów, do transakcji by doszło.
Kolejnym śmiałym projektem była wizja studia architektonicznego Kaczyński i Spółka, według którego na miejscu hali i stadionu miałby powstać nowoczesny obiekt piłkarski z zapleczem na kształt galerii handlowej (o którym więcej przeczytasz tutaj), jeszcze bardziej nierealny niż pomysł wybudowania kosmodromu na Dojlidach. Ówczesny prezes Mirosław Mojsiuszko twierdził, że to "być albo nie być" dla klubu - projekt samo finansujący drużynę. Historia z Galerią Jagiellońską, propagowana kilka lat później to więc jedynie ewolucja poprzedniej koncepcji. Szkoda, że obydwa pomysły skończyło tak samo.
Jaga była skazana na powrót na stadion Hetmana, arenę będącą świadkiem największych sukcesów żółto-czerwonych. Stadion oddano do użytku w październiku 1971 roku. Wyglądem różnił się wówczas od tego, który pamiętamy. Trybuny posiadały 12 (późniejsza Ultra) i 16 rzędów (sektor pod szpakówką) wybudowanych na wale ziemnym, mogących pomieścić około 15 tysięcy widzów. Dopiero 2 lata później trybuny podniesiono (do około 30 rzędów), dobudowując konstrukcję żelbetową, podnosząc pojemność do około 30 tysięcy. Wszystko odbyło się w ekspresowym tempie, o którym dzisiejsi kibice - zwłaszcza po zawirowaniach z Eiffage - mogliby tylko śnić. Stadion musiał być bowiem ukończony przed centralnymi dożynkami i wizytą Edwarda Gierka w 1973 roku.
Chyba każdy białostoczanin miał swój wkład w tę inwestycję - biorąc aktywnie udział w czynie społecznym lub wykupując specjalne cegiełki na rzecz nowego stadionu. Stadionu zaliczanego do jednych z najnowocześniejszych w Polsce. Szerszej publiczności zaprezentował się niestety dopiero 10 lat później, kiedy pozbawiony możliwości rozgrywania meczów na swoim obiekcie, Widzew Łódź rozegrał w Białymstoku dwa mecze w ramach Pucharu UEFA - z Elfsborgiem Boras i Spartą Praga w 1983 roku. Latem 1988 roku po raz jedyny, jak dotąd, gościł też pierwszą reprezentację Polski w wygranym 3:2 meczu z Bułgarią. Rok wcześniej rozegrano tu mecz o Superpuchar Polski pomiędzy Górnikiem Zabrze a Śląskiem Wrocław. Niestety, w 2004 roku do swej świetności miał daleko. Cały okres lat 90-tych obiekt niszczał, będąc jedynie areną zmagań grającego w III i IV lidze Hetmana. W 2005 roku udziałowcy Jagiellonii wzięli remont obiektu na swoje własne barki, według różnych źródeł kosztowało ich to od 1 do 1,5 miliona złotych. Sektor Vip i trybuna Ultra zostały odnowione, skruszały beton wypiaskowano, odmalowano. Pojawiły się żółto-czerwone krzesełka. W wielkich bólach - ale wreszcie - stadion został skomunalizowany, co pozwoliło przeprowadzić dalsze remonty aż wreszcie rozpocząć budowę nowego stadionu - a tej historii jesteśmy świadkami do dziś.
Jagiellonia przeniosła się na dobre na ulicę Słoneczną, przy Jurowieckiej w tym czasie nastąpiło prawdziwe trzęsienie ziemi. Halę, stadion, boisko treningowe, bazarek zrównano z ziemią pod budowę Galerii. Od kilku dobrych już lat mamy w centrum pustynię. A przecież można było zachować chociaż boisko, by drużyna nie musiała dziś jeździć na treningi do Pogorzałek...
Plus kilka ciekawostek: - Otwarcie stadionu przy Jurowieckiej uświetniło spotkanie młodzieżówek Polski i Rumunii. W składzie biało- czerwonych można bylo zobaczyc m.in. Włodzimierza Lubańskiego czy Zygmunta Anczoka. - Stadion im. Kusocińskiego był główną areną zmagań w finale wojewódzkiego Pucharu Polski
- W 1970 roku rozważano instalację sztucznego oświetlenia na stadionie na Zwierzyńcu
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ekspozycja stała
Warto poczytać...
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||